Zrobiło się już ciepło.

Mniejsze owady i zwierzęta obudziły się ze snu zimowego. Bociany zaczęły wracać z ciepłych krajów. Powoli kwiatki zaczęły ponownie zakwitać. Nawet te małe chamskie, niewdzięczne, sierściowate zwierzaki powróciły do swoich zwyczajów znoszenia do domów innych mniejszych ledwo żywych zwierzątek.
Ze snu zimowego obudzili się także ONI.
Spali cały czas w tym swoim tajemniczym domku na wzgórzu. Tym domku, który zawsze ma zasłonięte wszystkie okna i drzwi. Ten sam domek, o którym ludzie mówią że nie istnieje. Owszem widać go ale to nie oznacza, że istnieje. Wiele rzeczy istnieje a ich nie widać tak samo jak wiele rzeczy, które widać nie istnieją. Zresztą nawet jeśli coś istnieje to znaczy, że nie muszą tam być. Czy ja istnieję? Czy reszta świata istnieje? Czy jestem sam? Nigdy się nie dowiemy.
Domek ten zawsze budził postrach wśród okolicznych mieszkańców. Wszyscy wiedzieli by nie zbliżać się do domku. By nie patrzeć na domek. By nie słuchać tajemniczych odgłosów krzyków, wrzasków i pieśni nadchodzących ze strony domku. By nie zwracać uwagi na tajemnicze często zakapturzone postaci kręcące się za ogrodzeniem otaczającym domek. Wielu wiedziało nawet by nawet nie myśleć o domku. Wtedy domek nikogo nie krzywdził.
Dziś właśnie w związku ze wczesną wiosną kreatury, które tam żyją powróciły do życia po wielomiesięcznym letargu. Szykowały się właśnie do inwazji na okoliczne miasta. W każdym podobnym domku poszczególne postaci różnych płci rozrywały ostrymi szponami ściany swoich kokonów po czym z tłumionym przez tyle miesięcy głodem i nienawiścią w oczach udać się na poranne śniadanie. Często biegnąc nawet na czworakach. Jedni dopiero się budzili, inni już dochodzili do siebie zakładając idealnie dopasowane ciuchy jakie noszą ludzie. Do tego jeszcze oczywiście odpowiedni ohydny żel do włosów, równie obrzydliwy wybielacz do zębów, no i ten psychotropowy szprej do ust. Do wszystkich ust.
Potem pozostał tylko ostatni rytuał w głównej sali. Bardzo mroczny rytuał. Każdy przyklękiwał i robił dziwne znaki rękami na wszystkie strony świata. Mistrz ceremonii stał przy ołtarzu. Strasznym ołtarzu, którego główną częścią była postać ich bóstwa. Bóstwa, którego widok symbolizował cierpienie, agonię, tortury, mękę i ogólnie śmierć. Zakrwawione bóstwo patrzyło na wszystkich swoimi krwistymi oczyma a mistrz ceremonii czytał mroczne błogosławieństwa z równie mrocznej księgi. Księgi, która była przyczyną wielu bitew, wielu wojen, wielu śmierci, wielu tortur, wielu kłótni. Księga, którą oni wszyscy znali na pamięć, i w imię której gotowi byli zginąć choćby nie wiem co. Wszyscy ją znali na pamięć a mimo to ją czytali. Bo to ich jedyna księga mówiąca o tym co było i co będzie.
Mistrz ceremonii odczytał do końca owe szkaradne błogosławieństwo po czym cała masa upiornych postaci rozeszła się i wyszła na zewnątrz.
I właśnie teraz grasują na zewnątrz!
Chodzą dwójkami. Jeden zabezpiecza drugiego. I mają ze sobą KSIĘGĘ! Chcą ciebie! Chcą twojej krwi. Chcą twojej skóry. Chcą twojej duszy. Nie cofną się przed niczym. Będą nieustępliwi. Powiedzą co tylko uważają za stosowne. Nie dadzą się odepchnąć.
Są już u ciebie. Dzwonią do drzwi. Idziesz otworzyć. Myślisz przez chwilę by sprawdzić kto to, albo by chociaż zapytać. No bo któż to może być o tej porze. Ale nie pytasz. Nie sprawdzasz. Bo już cie mają. Już osadzili w twojej głowie małego demona co steruje twoimi myślami i mówi ci by otworzyć. Otwierasz drzwi. Widzisz ich. Jest ich dwóch. Są eleganccy i mają KSIĘGĘ. Już cie mają. Mówią:
- Dzień dobry. Chcielibyśmy porozmawiać z Tobą o Bogu.

Nikt nie jest bezpieczny!